Mówisz: bez sensu, że bez Ciebie. Piszesz: tęsknię. Zdjęcia wysyłasz różne, takie fajne. Myślę: niech tak będzie. Myślę: zawsze....


Mówisz: bez sensu, że bez Ciebie. Piszesz: tęsknię.

Zdjęcia wysyłasz różne, takie fajne.

Myślę: niech tak będzie. Myślę: zawsze.

Mówię: niech tak będzie zawsze.

Boje się, że kiedyś przestaniemy się bawić. Że nasza miłość zmądrzeje razem z nami. Zaczniemy podejmować pragmatyczne decyzje. Wysypiać się pod osobnymi kołdrami. Nagle jedna para słuchawek nie wystarczy na dwoje, ostatni czips w misce nie będzie niczego dowodził.

Przyszłość, odpowiedzialność, kredyt. Nie jestem wyjątkowa, ja też marzę o domku z ogródkiem. Chciałabym tylko, żeby – kiedy będziemy się uczyć, które z nich lubi ze skórką, a które bez – piosenki Justina i Taco wciąż były o nas.

Chciałabym zawsze być tą zazdrośnicą, która pyta, kto do ciebie pisze. Omawiać z tobą wszystkie decyzje: czy zrobić sobie w uchu drugą dziurkę na kolczyka-kółko i czy zmienić pracę. Nigdy nie kupować kwietników z metaloplastyki na allegro bez porozumienia z tobą. Nigdy nie ignorować faktu, że dwie minuty temu wrzuciłam na Instagram nowe zdjęcie, a ty go jeszcze nie polajkowałeś (tak, lepiej to sprawdź, kochanie).

Powtarzaj zawsze, że tylko mnie, jak nikogo i nigdy.

A potem wyjmiemy z lodówki lanczboksy i pójdziemy do pracy.

~K.

Miałam pięć lat. Tata zabrał mnie i mojego brata na występ Davida Copperfielda w Pałacu Kultury. Było super, bo pierwszy raz jechałam w...


Miałam pięć lat. Tata zabrał mnie i mojego brata na występ Davida Copperfielda w Pałacu Kultury. Było super, bo pierwszy raz jechałam wtedy metrem i minęłam na ulicy prawdziwego Tomasza Kammela. Moje wycieczki do Warszawy nie były już nigdy potem aż tak zachwycające. W czasach liceum czasami jeździłam w weekendy do warszawskich teatrów, ale tamte, najczęściej samotne, podróże pociągami kojarzą mi się dzisiaj przede wszystkim z ogromnym stresem, odświeżaniem co dwie minuty mapy google i obsesyjnymi myślami: „jeśli spektakl skończy się za pół godziny, to zdążę jeszcze na dzienny autobus… ok, teraz jeśli skończy się za piętnaście minut, to szybko wstaję, idę do szatni pierwsza i biegnę… kurde, kurde, kurde, czy dwadzieścia złotych wystarczy mi na taksówkę w tym pieprzonym mieście?!”. C’est la vie.

Spotkali się w pustej cukierni.  Cukiernie rano są puste  i puste jest serce dziewczęce,  gdy je rozpacz wypełnia, nic więcej.   ...


Spotkali się w pustej cukierni. 
Cukiernie rano są puste 
i puste jest serce dziewczęce, 
gdy je rozpacz wypełnia, nic więcej. 
Julian Tuwim

Nie lubię szarlotki, ale czasem mam ochotę. 

Katarzyna Siekańska

*

Kraków, Warszawa, Kielce. Czasami nawet Zakopane. Wszystko jedno, który to rok. Nieważne, co to za dzień, nieważne, jaka okazja. Najpier...


Kraków, Warszawa, Kielce. Czasami nawet Zakopane. Wszystko jedno, który to rok. Nieważne, co to za dzień, nieważne, jaka okazja. Najpierw mam kilka, później kilkanaście, w końcu dwadzieścia kilka lat. Zmieniają się pory roku, zmienia się moja waga i wzrost, zmieniają się chłopcy, których przyprowadzam do domu. Nie zmienia się tylko jedno. Jedno jedyne pytanie. „Mamo, czy masz pożyczyć jakieś rajstopy?!”.

W moim dorosłym życiu podjęłam do tej pory dwie mądre decyzje. Adoptowałam psa i przestałam pić mleko. Jak to się stało, że tylko dwie? ...



W moim dorosłym życiu podjęłam do tej pory dwie mądre decyzje. Adoptowałam psa i przestałam pić mleko. Jak to się stało, że tylko dwie? Jak to się stało, że akurat te? Kiedy ostatniego dnia stycznia podpisałam umowę adopcyjną w schronisku i zapakowałam Dumkę do samochodu, wiedziałam, że to jest decyzja na zawsze. Kasia i Dumka. Dopóki Ś. nas nie rozłączy. A po mleku robi mi się niedobrze.

Jak mawia mój dziadek: „jedna rzecz dziennie”. Codziennie staram się zrobić dobrze choćby jedną rzecz. Codziennie staram się dobrze wybierać. Niestety, codziennie staram się od nowa. Ile razy odstawiałam słodycze na bok i trwałam tak dumnie przez dziesięć, piętnaście, czterdzieści dni, a potem BACH: Snickers Trio. Ile razy wypracowywałam nawyk codziennych ćwiczeń, a potem CIACH: okres, ulewa, nie chce się wychodzić z domu, piłka uderza o ziemię i muszę liczyć podania od nowa. Ile razy udawało mi się lubić siebie przez dłuższy niż długi weekend czas, żeby potem nagle w jakiś piątek czy wtorek znowu wpisać sobie w rubryce „wartość” trzy proste słowa: zero-na-dziesięć.

Podobno każdy cel, do którego dążymy powinien być redukowalny do pojedynczych codziennych czynności. No i to jest trochę problem. Bo ja lubię rzeczy, które można zrobić raz na zawsze. Lubię rzeczy, które są nagrodą gwarantowaną w mojej życiowej grze w Milionerów. Księgą zapisu gry w Harrym Potterze na PC. Lubię rzeczy, od których nie ma odwrotu. Dlatego lubię mieć bloga i lubię pisać teksty. Bo napisane jest napisane – i na chuj drążyć temat.

Podobno szlachcic się nie cofa. Podobno twórczość to sztuka podejmowania nieodwracalnych decyzji. Ale też podobno nieodwracalne decyzje nie istnieją, bo Zygmunt Bauman powiedział, że wszystko płynie, więc zasadniczo mogę sobie wsadzić. Podobno Aztekowie wierzyli, że każdego wieczora należy złożyć ofiarę z krwi, aby Słońce miało siły następnego dnia wstać ponownie. Czyli to tak, jakby dzisiaj było ofiarą jutra. Nie brzmi to zbyt wesoło.

A jak nas naucza Sharon Van Etten:
Every time the sun comes up, I'm in trouble

~ K.

Fot. Agata M. Skrzypek / Niezdarne fotografie

Kiedy Dumka zniknęła, nie myślałam o tym, czy się znajdzie. W dużym mieście, w dobie internetu, setek znajomych na facebooku, grup ...


Kiedy Dumka zniknęła, nie myślałam o tym, czy się znajdzie. W dużym mieście, w dobie internetu, setek znajomych na facebooku, grup on-line i cywilizowanych schronisk dla zwierząt psy raczej nie giną. Znajdują się, czasem po tygodniu czy dwóch, ale się znajdują. Nie bałam się tego, że jej nie znajdziemy. Bałam się tylko tego obrzydliwego czekania, aż to się stanie.

Cztery lata temu w Indiach razem z mamą i siostrą uciekłyśmy porywaczom turystek, szturmując siłą niezbyt solidne drzwi „taksówki” prowadzonej przez naćpanego hindusa, który teoretycznie miał nas dowieźć na lotnisko. Kierowca najpierw przewiózł nas dookoła miasta, a potem nagle skręcił w boczną, mocno podejrzaną bramę na małe brudne podwórko otoczone lepiankami. Adrenalina zupełnie nas wtedy zamroczyła, ciało samo ułożyło się do ucieczki, odzyskałam ostrość myślenia dopiero, kiedy kilka scen później złapałyśmy bezpieczny transport na lotnisko. Potem szybko, na ostatnią chwilę odprawa i prosto do samolotu. Padłam na siedzenie i pierwszą piosenką, jaką usłyszałam w słuchawkach, kiedy koła oderwały się od pasu startowego, było Have you ever seen the rain.

Czasami jestem zła do tyłu. Jest sobota, leżę i czytam książkę, jest mi dobrze. Nagle jakieś skojarzenie prowadzi mnie do wspomnienia kłótni sprzed lat, nieporozumienia sprzed miesięcy. Nagle mam gorączkę i ochotę się rozpłakać. Nagle znowu jestem tam, w środku tej chwili, której nienawidzę. Nagle nienawidzę tej chwili, kiedy patrząc na nią, przez ułamek sekundy myślałeś, że to jestem ja.

Boli mnie głowa, kiedy pomyślę, ile ludzkich istnień musiało się złożyć na nasze spotkanie. Nawet, jeśli przyjmiemy, że naprawdę się urodziliśmy, to i tak wciąż pozostajemy dziećmi i dłużnikami przypadków, błędów i skrzyżowanych za plecami palców.

Czasami boję się do tyłu. Budzę się w nocy i jestem przerażona tym, co mogło się kiedyś wydarzyć. Myślę o wszystkich sytuacjach, kiedy groziło mi coś złego i nie wierzę, że to się nie stało. Znowu jestem w tamtej taksówce, ale nie mam siły, aby popchnąć drzwi i wyskoczyć. Znowu mam siedem lat i jadę na nartach, cudem zatrzymując się tuż przy samej krawędzi przepaści. Znowu jest niedziela, a ja drukuję ogłoszenia ze zdjęciem Dumki.

Kim jestem, żeby wierzyć, że następnym razem, kiedy nadarzy się okazja, ostrze znowu mnie minie?

~ K. 


Fot. Agata M. Skrzypek / Niezdarne fotografie

Bądźmy szczerzy: zazwyczaj jednak wiesz. Oczywiście, w trakcie a nawet jeszcze długo po tym opowiadasz przyjaciółkom płaczliwym głosem...



Bądźmy szczerzy: zazwyczaj jednak wiesz. Oczywiście, w trakcie a nawet jeszcze długo po tym opowiadasz przyjaciółkom płaczliwym głosem, że „jak to się mogło stać” i że „co ty takiego zrobiłaś”. Ale w głębi serca, na koniec dnia, przyznasz stojąc przed lustrem podczas mycia zębów, że w sumie, to wiedziałaś od samego początku.

Jeśli jesteś czujna, usłyszysz to już w dźwięku jego imienia. Powtarzasz sobie w myślach to nowo poznane nazwisko i już wiesz, czy chciałabyś tym słowem sygnować zwolnienia z wuefu swojej najstarszej córki, która nie chce się pocić w szkole. Twoje oczytane koleżanki będą Ci radzić, żebyś przestała traktować każdego spotkanego mężczyznę jak przyszłego męża, ale Ty i ja dobrze wiemy, że ta wskazówka znaczy dla Ciebie tyle co: „nie oddychaj”.

Dlaczego, kiedy myślę: „związek”, zaczyna mnie boleć głowa, garbię się, jakbym chciała osłonić ciało przed niespodziewanym ciosem? Dlaczego życie w parze kojarzy mi się z kagańcem, którego nie pozwala sobie założyć nawet mój potulny pies, kiedy jedziemy pociągiem? Dlaczego, kiedy jestem sama, piszę ładniejsze zwrotki? Dlaczego im bliżej podchodzisz, tym ciszej mówię?

W pierwszej chwili myślałam, że to, co czuję, to spokój. Że na tym to właśnie polega, że trzeba get old and get fat together. Tylko, że w tym całym zamieszaniu zapomniałam o tym, że dobrze byłoby też być happy. I że: „to nie takie proste” jest raczej słabą odpowiedzią, kiedy ktoś cię pyta, czy jesteś z nim szczęśliwa.

*

Jakieś dziesięć lat temu chciałam się osobiście przekonać, na czym polega problem z twórczością Paulo Coelho. Znajomy polecił mi przeczytać Alchemika, bo „da się wytrzymać, jeśli potraktujesz to jako baśń”. Przeczytałam i zapomniałam. Wszystko poza jednym zdaniem. Że miłość, o ile jest prawdziwa, nie stoi nigdy na drodze do indywidualnego spełnienia.

Za którymś razem w końcu się udaje. Za którymś razem ze zdziwieniem przyjmujesz fakt, że ktoś cię w ogóle nie wkurza i że ten stan trwa już kilka tygodni. Za którymś razem odpuszczasz szerokim gestem wszystkie winy demonom przeszłości, bo i tak nie pokazałabyś się żadnemu z nich w piżamie. Za którymś razem okazuje się, że twoja ładowarka pasuje do jego laptopa.

Za którymś razem w końcu budzisz się rano i koronujesz siebie samą na królową związków, która posiadła już wszystkie sekrety. Czujesz spoczywającą na twoich barkach misję: uświadomić świat. Wyjść na ulice i krzyczeć, że warto poczekać i że można mieć w brzuchu motyle zamiast larw. Że rzeczy ostatecznie lądują na swoim miejscu i że każdemu to się powinno należeć.

Nie wiem, czy to jest jakaś większa zasada, ale czegoś trzeba się trzymać. W końcu nie mamy żadnych wyczerpujących dowodów na to, że jutro rano znowu wstanie dzień. A jednak nastawię swój budzik na siódmą.

*

Nie muszę wiedzieć, czym jest miłość
Wystarczy mi, że znam smak kanapki jedzonej na pół
Że mogę mówić: zaraz będę, do zobaczenia na miejscu
Że muszę pisać, gdy dotrę do domu
I że mamy plany na wieczór.



~ K.


fot. Agata M. Skrzypek / Niezdarne fotografie

Wszystko przez to, że źle zaczynam. Nie potrafię dobrze zacząć weekendu. Wiem tak ogólnie, że nie potrafię, ale ciągle jeszcze nie na...


Wszystko przez to, że źle zaczynam. Nie potrafię dobrze zacząć weekendu. Wiem tak ogólnie, że nie potrafię, ale ciągle jeszcze nie namierzyłam tego punktu krytycznego, tego momentu w tygodniu, który decyduje o tym, że właśnie źle zaczęłam weekend. Czasami myślę, że to dlatego, że w czwartek po południu nie ugotowałam obiadu na dwa dni. Gdybym ugotowała obiad na dwa dni już w czwartek, nie musiałabym wstępować głodna do Carrefour Express w drodze z piątkowego wykładu o kinie dokumentalnym do domu. Gdybym wróciła z wykładu prosto do domu, odgrzała obiad, który przygotowałam roztropnie już w czwartek, nie musiałabym niecierpliwie jeść na obiad kanapek z chlebem pakowanym w takie plastikowe prostokątne paczki. Zawsze kiedy jem na obiad kanapki z chleba pakowanego w gotowe kromki do tych paczek, czuję się jak oferma. Oferma to osoba pomiędzy dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia, która na obiad je kanapki – to jest obowiązująca definicja, możecie sprawdzić w słowniku wyrazów obcych.

Po tych kanapkach na obiad mój wagonik jedzie już w dół zupełnie sam, nie muszę mu w tym pomagać. Czuję się już jak oferma i jestem gotowa na więcej. Skoro spieprzyłam sprawę z obiadem, nie mam już nic do stracenia. Skoro jestem słownikową ofermą, to mogę równie dobrze być osobą, która przez pięć godzin pod rząd ogląda stare odcinki M jak miłość, no bo w sumie to czemu nie. Nie sprawia mi to nawet jakiejś strasznej frajdy to całe oglądanie. Po prostu tak sobie wymyśliłam, że teraz będę taką osobą, co ogląda przez pół piątku stare odcinki M jak miłość.

Przestaję oglądać, kiedy oczy same zaczynają mi się zamykać. Zazwyczaj jest to już środek nocy. Sięgam po telefon i włączam songs to sing in the shower. Nucę, że she’ll make you take your clothes off and go dancing in the rain i czekam, aż strumień wody zrobi się bardzo bardzo ciepły. Resztkami sił myję zęby i zakładam szynę korekcyjną na noc. Bam, jestem już w łóżku. Zamykam oczy i jest mi bardzo przykro. Czuję się tak, jakbym patrzyła z boku na siebie samą w tym smutnym rozmemłaniu. Oj, dziewczyno, co z ciebie wyrośnie. Jest mi siebie żal i trochę chce mi się płakać. Zasypiam, myśląc o domu dziadków i tym, jak to będzie z tym weselem w czerwcu. 

Budzę się za późno. W mojej czaszce coś jakby rąbie. Czuję suchość na ustach, których nie chciało mi się wczoraj posmarować pomadką. Cera na policzkach jest ściągnięta i jakby o dziesięć lat bardziej zrezygnowana. Próbuję myśleć, że najwyraźniej tak musi wyglądać młodość, ale nie wierzę temu głosowi w mojej głowie i chętniej jednak przyznam się przed sobą, że nie jestem dobra w robieniu sobót z piątków.

Parzę kawę i myślę o tym, jak dobrze byłoby zaparzyć ją dla kogoś innego niż ja sama. Zapalam w mieszkaniu papierosa, celebrując swoją wszechstronną wolność i mi nie smakuje. Zdejmuję górę od piżamy, zakładam stanik i resztę dnia spędzam ubrana tylko w niego i spodnie od piżamy, bo na więcej schludności nie starcza mi dzisiaj ochoty. Około południa po raz pierwszy myślę o tym, czy do niego dzisiaj napisać. To jest jednostronna bezpieczna gra. Poziom trudności gdzieś na wysokości wzrostu przeciętnego trzylatka. Jeśli napiszę, on odpisze. Ale jeśli się w ogóle nie odezwę, nikt tej ciszy nie dostrzeże. To trochę dziwne, te rozmowy „na boku”. Rozmowy pełne uprzejmości, które nic nigdy nie zmienią. Ile razy słyszałam od koleżanek: „ach, żeby on sobie tylko czegoś nie pomyślał”. A teraz modlę się, spłukując tego niesmacznego papierosa w toalecie, modlę się, żeby on wreszcie sobie to coś pomyślał. Żeby wreszcie na to wpadł. Żeby dodał do siebie cyfry i podzielił je przez nas dwoje, tak, żeby dla każdego wystarczyło.

Jest grudzień i jest mi zimno. Dzisiaj nie wychodzę z mieszkania. Jutro wyjdę, ale jutro to co innego. Jutro jest niedziela, a w niedzielę żyje się łatwiej. Nigdy nie rozumiałam tych wszystkich żartów i narzekań na temat poniedziałków. Moim zdaniem prawdziwą zmorą tygodnia, prawdziwym survivalem i obozem skautów pod chmurką jest sobota. Sobota to są oczekiwania, sobota to jest odpowiedzialność, sobota to jest krzyk z między żeber: no, teraz wreszcie możesz zrobić wszystko. No zrób wreszcie to całe wszystko, na co czekasz? Sobota to najlepszy dzień na zrobienie wszystkiego. Tylko że w sobotę to mnie się akurat nie chce robić nic.

No dobra, żartowałam z tym nie wychodzeniem z domu. Z ulgą witam zmierzch a potem wieczór. Jest okazja, żeby umyć i wysuszyć włosy. Bardzo lubię suszyć włosy przed wieczornym wyjściem. Pachnąca i wykonturowana wychodzę z domu i Bóg jeden raczy wiedzieć, co się dzieje potem. Wracam do domu tuż przed pierwszą, złapałam ostatnie metro. Lekko kręci mi się w głowie, tak przyjemnie. Jeszcze w metrze włączyłam muzykę w słuchawkach. Coś o miłości, o tęsknocie – to są tematy, którymi karmi się pijana głowa. Wysiadam, schodki, klucz w zamku. Wchodząc na piętro, namierzam w głowie wspomnienie pierwszej miłości. To wszystko jest takie znajome. Szczęknięcie zamka (trzeba wreszcie zadzwonić do właściciela w sprawie wymiany), światło w przedpokoju, buty na wycieraczce. Piję gotowaną wodę, do której wciskam cytrynę. Łapczywie, dwie szklanki jedna po drugiej, duszkiem. Dobrze. Prysznic, podczas którego świadomość gibie się na boki. Demakijaż (wodoodporny tusz do rzęs nie chce zejść nawet pocierany oliwką), dużo kremu na twarz, serum pod oczy.

Kładąc się spać, układam listę spraw do załatwienia następnego dnia. Śniadanie, zakupy spożywcze, referat o teorii baśni. Ostatni rzut oka na telefon. Odczytanonieodpisano. Jasne. Instagram: kim do cholery jest christheenglishteacher i dlaczego zaczął mnie obserwować? Z głową pełną kretyńskich pytań – zasypiam.


~ K.


Kiedy przyjdzie najostatniejszy z ostatnich i najostateczniejszy z ostatecznych dni, kiedy już nie będzie miało znaczenia, czy wtedy to...


Kiedy przyjdzie najostatniejszy z ostatnich i najostateczniejszy z ostatecznych dni, kiedy już nie będzie miało znaczenia, czy wtedy to ja się spóźniłam, czy Ty za wcześnie wyszedłeś. Wtedy wszystko Ci opowiem, obiecuję.

Na razie nie mogę dać Ci nic oprócz tej obietnicy. Tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli: nic nie stoi nam na przeszkodzie, moglibyśmy się w każdej chwili zdzwonić, zobaczyć, pośmiać (zawsze lubiłam się z Tobą śmiać, szczególnie z Tobą). To ja świadomie nie chcę na to pozwolić, nie chcę pozwolić, żeby cokolwiek się teraz wydarzyło między nami. Nie chcę dać Ci niczego mniejszego od wieczności. Gdybym dała Ci cokolwiek innego niż wieczność, sama przed sobą przyznałabym się do porażki. Dzisiaj mam dla Ciebie tylko tę obietnicę: że kiedyś tak.

Odkąd pamiętam, najbardziej na świecie bałam się tylko jednej rzeczy: śmierci kogoś z rodziny. W dzieciństwie zdarzało się, że płakałam przez sen tak głośno, że budziłam tym rodziców. Bo śniło mi się, że umarli. Cały czas się tego boję i wiesz, co? W takich chwilach, gdy napad lęku jest bardzo silny i przysłania swoim rozmiarem całą resztę świata, zawsze wtedy wyobrażam sobie, że łapię kogoś za rękę. Widzę ten moment, gdy coś złego się dzieje, a przy mnie jest ktoś, kogo mogę złapać z całej siły za rękę.

Pamiętasz, jaka jest moja ulubiona piosenka? Nie, nic się nie zmieniło. Nadal lubię uciekać myślami w ostateczność, lubię dotknąć myślą tego skraju wszystkiego, za którym nie ma już nic i przestraszyć się tego. Pamiętam, że raz, tylko raz, wydawało mi się, że jestem w stanie wyobrazić sobie jak wyglądał świat, zanim powstał. Ale nie wiem, czy tak rzeczywiście było, bo może wcale nic takiego sobie nie wyobraziłam i tylko zmyślam. Dlaczego o tym wspomniałam? Nie wiem, w sumie chciałam napisać tylko jedno: on by z żalu świat podpalił.

Ostateczność wyobrażam sobie w płomieniach. Sądzę, że koniec świata polegać będzie na pożarze. To byłoby logiczne. Czekaj na mnie wtedy, wszystko jedno gdzie. Gdy wybuchnie pożar, bądź tak miły i nie płoń, dopóki do Ciebie nie dołączę. 

Pamiętasz, jak skończył się Fightclub? (tak - podobał mi się ten film, tak - już się o to kłóciliśmy). Albo Przyjaciel do końca świata? Aha, nie widziałeś, no to zobacz sobie kiedyś, warto. W każdym razie czegoś takiego się właśnie spodziewam.

Put your hand in my hand and we’ll stand.

~ K.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy nocowałam poza domem. Kiedykolwiek to było, było okupione moim wielkim lękiem i oporem. Od samego p...


Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy nocowałam poza domem. Kiedykolwiek to było, było okupione moim wielkim lękiem i oporem. Od samego początku bałam się ciemności, bałam się w ogóle nocy. Szkoda, że dopiero w liceum poznałam Karla Jaspersa, bo w dzieciństwie mógłby mi wiele rzeczy wytłumaczyć. Kiedyś wymyśliłam nawet, że nie warto się znać z ludźmi, którzy nie boją się ciemności, bo są to ludzie bez wyobraźni.

W mojej rodzinie krążyła swego czasu taka piżama w poziomki. W dzieciństwie spał w niej mój brat, potem ja, następnie moja siostra, a potem moja mama przekazała piżamkę dalej, pewnie cioci Ani lub cioci Marcie, bo one mają w rodzinie młodsze dzieci. Pamiętam taką scenę: jestem u dziadków w Kielcach, jeszcze w starym mieszkaniu, zanim dziadek po cichu, za plecami babci kupił działkę pod lasem i wybudował dom; zanim babcia go za tę działkę opieprzyła, a potem życia sobie poza działką nie mogła już wyobrazić. Jestem w ich kieleckim mieszkaniu, leżę w dużym pokoju na rozkładanej wersalce. Czy w innych częściach polski też się mówi „wersalka”? Bo u nas się też czasem mówi na wersalkę per „bożenka”, ale nie wiem, dlaczego. Leżę na rozkładanej bożence, mam na sobie piżamkę w poziomki, światło jest jeszcze zapalone, rodzina się krząta, ja mam pewnie mniej niż pięć lat. Zdążyłam już zasnąć, ale nagle ktoś szturcha mnie w ramię i budzi. Babcia mówi, że płakałam przez sen. A ja mówię: tak, płakałam. Bo wyobraziłam sobie, że wy wszyscy mi kiedyś umrzecie.

Mam młodszą o cztery lata siostrę, wobec której raczej zawsze byłam nadopiekuńcza. Nawet teraz trochę piszę, a trochę się denerwuję, bo czekam na wiadomość od niej, że szczęśliwie doleciała do Londynu. Jak już dostanę tę wiadomość, to będę mogła zacząć na dobre dzień. Czekanie na takie wiadomości zajmuje mi raczej dużo czasu. Są wiadomości wieczorne, że wróciła już do domu. Wiadomości imprezowe, że wszystko ok i że nie przesadziła z alkoholem i czy to jest impreza ludzi czy zwierząt. Wiadomości impulsywne, czyli: „czy wszystko w porządku bo miałam taką myśl w głowie że może coś jest nie w porządku więc daj znać proszę czy w porządku”. Od kilku lat nie mieszkamy już pod jednym dachem, ale dopóki nasze pokoje były obok siebie, miałam taki zwyczaj, że zanim położyłam się do snu, zaglądałam do pokoju siostry, która już dawno spała i nasłuchiwałam, czy oddycha.

W mojej rodzinie krąży opowieść o Babci Jani, babci mojego taty od strony jego taty. Babcia Jania umarła przez sen. W swoim łóżku, w czystej pościeli, w koszuli nocnej, w rozczesanych włosach i z umytymi świeżo zębami. To jest śmierć godna człowieka, śmierć, której samemu by się sobie życzyło. Tylko, że ja się boję, że to się może stać kiedykolwiek. Czasami nawet wieczorem przez chwilę wydaje mi się, że czuję, wyraźnie to czuję: że to przyjdzie po mnie dzisiaj w nocy.

Do dziesiątego czy jedenastego roku życia lunatykowałam i bardzo się tego wstydziłam. Kiedy lunatykowałam we własnym domu, to nie było nic wielkiego: po prostu mama znajdywała mnie nad ranem śpiącą w kuchni. Ale zdarzało mi się lunatykować również poza domem, na przykład podczas szkolnych wycieczek. Kiedy miałam siedem lat pojechałam po raz pierwszy na zieloną szkołę, do Dziwnówka nad morzem. Pewnej nocy przez sen wstałam w łóżka, poszłam do łazienki, a potem pomyliłam kierunki i zamiast z powrotem do łóżka, trafiłam jakimś cudem do pokoju obok. Pokój ten zajmowali chłopcy z czwartej klasy. Przez sen wylądowałam w pokoju trzy lata starszych chłopców z mojej szkoły. Oni się obudzili, zawołali nauczycielkę, ona odprowadziła mnie do mojego łóżka. Ale wstyd, który czułam jeszcze długo po tym incydencie, trudno do czegoś przyrównać.

Jako dziecko byłam bardzo religijna. Modliłam się rano i wieczorem. Wśród moich rówieśników było to coś rzadkiego i raczej wyśmiewanego, dlatego te moje modlitwy stawały się kłopotem podczas wyjazdów, kiedy dzieliłam pokój z kilkoma koleżankami. Podczas takich wyjazdów nauczyłam się więc wstawać jako pierwsza. Budziłam się przed wszystkimi i szybko modliłam, kiedy koleżanki spokojnie spały i niczego nie widziały. Raz zobaczyły i wtedy wydarzyło się coś strasznego, ale o tym nie opowiadam.

Jako dorastająca dziewczyna uczyłam się doceniać noc. Zaczęłam zauważać, że nocą wszystko jest fajniejsze. Nocą można rozmawiać, można się schować, można słuchać Nicka Cave’a. Potem się okazało, że nocą można też gdzieś wyjść. Że nocą można też skądś wracać. Na noc można u kogoś zostać, noc można z kimś spędzić, noc można też na przykład przetańczyć. Noc może być ucieczką albo nagrodą. Nocą człowiek się trochę inaczej porusza, trochę jak kot, jak dzikie zwierzę. Nocą można się zakochać, można się tulić, można sobie coś obiecać. Nocą można się na coś odważyć.

I nie chodzi nawet wcale o alkohol. Chodzi tylko o samą noc.

~ K.


Fot. Zuza Kiwerska


Miłość zaczyna się wtedy, kiedy oprócz tych wszystkich cudownych, przepięknych rzeczy nagle patrzymy na kogoś i widzimy: tutaj nędza,...




Miłość zaczyna się wtedy, kiedy oprócz tych wszystkich cudownych, przepięknych rzeczy nagle patrzymy na kogoś i widzimy: tutaj nędza, tam nędza, tam jakaś słabość, tutaj jakiś egoizm, tu coś totalnie nie gra, tam w ogóle jest coś, z czym nie wiem jak żyć. I w momencie kiedy w nas powstaje taka decyzja, że kocham tę osobę z tymi słabościami i będę z tymi jej słabościami szedł przez życie, i będę jej próbował w tych słabościach pomóc, dopiero tutaj zaczyna się miłość. ~ Adam Szustak

Kiedy chodziłam do szkoły i byłam raczej jeszcze dzieckiem niż nawet choćby nastolatką, był taki jeden chłopiec. Chodziliśmy do jednej klasy, chodziła też za nami taka plotka, że podobno on powiedział jemu, że ona powiedziała jej, że on jej zdradził, że się we mnie trochę jakby niby kocha. Ja nie za bardzo uczucie jego dzieliłam, ale jak mówiła Jadwiga Niechcic: „To może kobiecie uwłaczać, ale na pewno nie jest jej niemiłe” i jakoś tę jego słabość z godnością wrodzoną na grzbiecie swym niosłam. I tak sobie żyliśmy koło siebie, w jednej klasie, ławka w ławkę. On – z tym swoim niezręcznym uczuciem i ja – z o tym uczuciu sekretną wiedzą. I nic się szczególnego nie działo. Aż pewnego dnia w czasie jakiejś lekcji w szkole sprawdzaliśmy zadania domowe i nauczycielka poprosiła, żeby on coś tam przeczytał. I wtedy się okazało, że on nie zrobił tego zadania i że w ogóle, to zupełnie niczego się w tym temacie nie nauczył. I mnie wtedy nagle dotknęło takie dziwne uczucie. Zrobiło mi się gorąco i zapragnęłam się schować pod ławkę. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, ogarnęło mnie poczucie wstydu za niego, za to, że on się nie nauczył. Siedziałam więc taka skulona, czerwona na twarzy, zagapiona przed siebie i nie wiedziałam nawet, że oto tutaj właśnie liżę ogonek tajemnicy miłosnej sztuki. Że właśnie mnie około-dziesięcioletnią czegoś życie, jak to się mówi, nauczyło. Że właśnie się dowiedziałam, że miłość i wstyd to są dzieci jednych rodziców.

Potem, jak byłam trochę starsza, to oglądałam różne filmy o miłości. I zawsze się dziwiłam, że dorośli ludzie umawiają się na randki „na kolację”. Nie mogłam zrozumieć, jakim cudem oni się nie wstydzą przy sobie jeść. Sytuacja umówienia się „na kolację” była dla mnie przez lata symbolem niezręczności i skrępowania. No bo: jak to? Już na samym początku zaczynają się problemy. Jak się ubrać? Co jeśli druga osoba ubierze się mniej zobowiązująco? Co zamówić? Jak zamówić? Jak to potem jeść? Czy rozmawiać podczas jedzenia? Jak rozplanować proporcje pomiędzy czasem żucia i przełykania a czasem rozmowy i miłosnych podchodów? Na koniec, o zgrozo, co zrobić z rachunkiem? Zapłacić? Zaproponować, że zapłacę? Nic nie mówić i czekać, co się wydarzy? Koszmar.

A kiedy osiągnęłam już wiek nastoletni i zaczęłam się w tak zwanym prawdziwym życiu spotykać z miłymi chłopcami (Rysiu, pozdrawiam Cię, gdziekolwiek jesteś!), schody przede mną dalej rosły. Pojawił się problem wspólnych wycieczek. Zawsze okropnie się wstydziłam mówić przy kimś znajomym po angielsku. Obiektywnie rzecz biorąc, mówię dobrze po angielsku. Ale wstydzę się i już. A jak obok mnie stoi mój chłopak to już w ogóle bardzo, bardzo się wstydzę.

Jest coś takiego, że kiedy się zakochujemy, to na początku wydaje nam się, że to jest absolutnie oczywiste, że obiekt naszych uczuć po prostu JEST najatrakcyjniejszą osobą na świecie. Tak po prostu jest i wszyscy ludzie dookoła doskonale o tym wiedzą, przez co oczywiście stanowią potencjalną konkurencję. A potem z czasem, gdy znajomość postępuje, poznajemy się lepiej i zbliżamy się do siebie, ten idealny obraz zaczyna się pokrywać jakimiś szramami. I jedną z tych szram jest odkrycie, że istnieje taka część świata, która nie przepada za naszą drugą połówką. Że są ludzie, którzy naszego ukochanego człowieka zwyczajnie nie lubią. I że wobec takiego stanu rzeczy należy mieć jaja i potrafić odróżnić miłość od lansu i zasadniczo take it or leave it

No więc jeśli kiedyś weźmiesz mnie jednak za rękę, wiedz, że bierzesz mnie całą. Razem z tymi wszystkimi nocami, kiedy nie mogłam spać, z każdą grypą żołądkową, którą przeszłam, z każdym „dzień dobry”, którego nie powiedziałam, a powinnam. Nawet ten dzień, kiedy dałam się nabrać facetowi na dworcu i kupiłam mu bilet do Gdańska, a on nigdy nie wysłał mi pieniędzy – nawet ten dzień od teraz będzie również Twój. Więc teraz zastanów się dobrze. Bo człowieka można zwrócić, owszem. Ale jednak lepiej jest tego nie robić. 

Początek października, ławka pod Pałacem Kultury. Rano znowu rzucałam z bezsilności gąbkami do naczyń. Jest pochmurno, a ja siedzę w ok...


Początek października, ławka pod Pałacem Kultury. Rano znowu rzucałam z bezsilności gąbkami do naczyń. Jest pochmurno, a ja siedzę w okularach przeciwsłonecznych, żeby nie było widać sinych oczu. Miętolę w rękach jakiś skrawek chusteczki, którą znalazłam w torebce. Tonący skrawka się chwyta.
- Halo?
- Kasia, czemu ty płaczesz?
- Cześć, tato.
- Tak nie może dłużej być. Daj mi chwilę.
Cisza. Dalej siedzę na tej samej ławce, nie mam już w co wycierać łez i glutów z nosa. Minęło może z dziesięć minut i znowu telefon.
- Dobra, wyprowadzasz się stamtąd. Znalazłem ci mieszkanie, jutro odbierasz klucze, idź się spakować. Mailem wysyłam umowę, Janusz sprawdzał, więc nie ma żadnych przekrętów. Muszę kończyć, bo wchodzę na spotkanie, trzymaj się.

Rodzice poznali się na obozie harcerskim. Poznali się, kiedy kolega taty przedstawił mu swoją dziewczynę, która jego dziewczyną nie pobyła już potem zbyt długo. Uwielbiam opowiadać tę historię, bo strasznie podoba mi się ten akt zawłaszczenia stanowiący mit założycielski mojej rodziny. Pierwsza lekcja od taty, której udzielił mi jeszcze przed moim urodzeniem. Jeśli na czymś ci zależy, to trzeba pójść i sobie to wziąć. Przykro mi, panie B., ale dzięki pana złamanemu sercu moja mama jest moja.

Jestem bardzo podobna do taty. Włosy, oczy, pokaźny nos, który jest znakiem rozpoznawczym naszej rodziny, odkąd, jak mawia tata, „pewien Tatar dziabnął jedną prababcię pazurem”. Oboje jesteśmy cholerykami, bywamy aspołeczni, ale dużo nam się wybacza, bo mamy fajne żarty. Po tacie mam łatwość w ogarnianiu tematów związanych z finansami, logistyką, załatwianiem spraw organizacyjnych i codziennych. Za najbliższych dalibyśmy się pokroić, ale nieraz ostrzejsze słowo wymknie nam się spod kontroli. Mamy słabość do kawy i słodkich śniadań. Kiedy mamy zły dzień, jesteśmy nieznośni jak porąbane ufoludki, ale kiedy trafi się jeden z tych lepszych – świat mamy u stóp. Kiedy moja młodsza siostra dzwoni do mnie w środku nocy: „Kasia, wypiłam trochę wina i nie chcę wracać autobusem, a iCar nie odbiera, pomóż” a za 10 min pod adres, który podała, podjeżdżają dwie taksówki: jedna dla niej, druga dla koleżanki, wtedy wiem na pewno, że płynie we mnie Andrzejowa Krew. 

Kiedyś weszłam do kuchni w domu w Krakowie, patrzę: rodzice stoją przytuleni i się śmieją. Wstawiłam wodę na herbatę i tak z głupia franc pytam: mamo, czemu ty właściwie jesteś z tatą? „Bo to jest na swój sposób fajne” - odpowiedziała. A ty, tato? Dlaczego jesteś z mamą? „No a z kim innym mam być? No z kim?”. I bądź tu człowieku normalny po takich starych. 

- - -

Aneks, czyli kilka lekcji, które dostałam od Taty

  • Szlachcic się nie cofa. 
  • Są trzy rzeczy, na które nie szkoda pieniędzy: bezpieczeństwo, wykształcenie, podróże. 
  • Jeśli jesteś gdzieś za wcześnie (a skoro jesteś moją córką, więc pewnie często jesteś gdzieś za wcześnie), to nie stój jak debil, tylko idź na kawę. 
  • Najważniejsze są poranne godziny. Trzeba jak najlepiej wykorzystywać czas między dziesiątą a dwunastą. 
  • Zawsze możesz się obrazić i wyjść. Na świecie jest tyle ludzi – nie spędzaj czasu z tymi, którzy nie są fajni. 
  • Zanim zrobisz sobie kawę, podgrzej filiżankę. 
  • Zawsze trzeba coś czytać. Zawsze trzeba mieć przynajmniej jedną książkę w trakcie czytania. 
  • Kobieta jest ładna, jeśli ma rysy twarzy. A nie każda ma. 
  • Trzeba mieć zawsze czyste buty. I włosy. 
  • Jak człowiek nie ma długów, to już jest bogaty. 
  • Jeśli chcesz, żeby gdzieś wpłynęła woda - wykop dołek. Bo życie nie jest typem knajpy, gdzie najpierw zamawiasz i jesz, a potem płacisz. To jest raczej taki bar, gdzie najpierw płacisz przy ladzie, a potem dopiero realizują twoje zamówienie. 

Kocham Cię, Tato
K.



Najchętniej czytane